Piątek, 25 maja 2018

Tagi:

31 stycznia 2016

Pisz piosenki, biografię napiszą inni

Ewa Czarnowska-Woźniak

Recenzja. „Ed Sheeran. Graficzna podróż”

Trudno mi sobie wyobrazić siebie pośród tłumu dziewczyn ściśniętych pod sceną jakiegoś klubu, z uwielbieniem (i komórką w ręku) wpatrującą się w młodego rudzielca grającego na gitarze...


A jednak, co może trzeba w moim wieku przyznać ze wstydem, coś mnie z tymi pannami łączy. Dla mnie śpiew tego wydziaranego chłopaka też jest hipnotyzujący. I wtedy, gdy opisuje pustkowie Smauga w „Hobbicie”, i wtedy, gdy rapuje o klubowym życiu w „Sing” - choć przecież oba te klimaty są dramatycznie nie z mojej bajki...

Z ciekawością zatem sięgnęłam po książkę poświęconą fenomenowi wokalisty z prowincjonalnej Anglii, któremu udało się wejść na salony (te najprawdziwsze, brytyjsko-królewskie, i te popkulturo-we).

I była to na początku lektura ciekawa. Pierwszoosobowa opowieść młodego, niezwykle zdeterminowanego w swych muzycznych dążeniach chłopaka, który po prostu chciał robić swoje. Wspierany przez rodzinę (zwłaszcza ojca), wybierał dość niebezpieczne ścieżki. Wcześnie rzucił szkołę, ruszył do Londynu, gdzie nie miał nawet kąta (kto widzi dzisiejszego idola, nie uwierzy, że jeszcze kilka lat temu nocował w podmiejskich pociągach i na klubowych fotelach, bo nie było tylu chętnych, by go przechować).

Przez długi czas występował za szklankę piwa, były (jeszcze całkiem niedawno) koncerty, na które nikt nie chciał przyjść, a Sheeran zadłużał się, by wyprodukować promocyjne nagrania (często zresztą rozdawane za darmo). Ani wytwórnie, ani rozgłośnie, do których bez przerwy uderzał, nie widziały w nim wtedy niczego ciekawego.

Więc utalentowany rudzielec (ta „trudna” uroda też nie była zbyt pomocna w karierze) uderzył do najważniejszego dziś medium - internetu. I okazało się, że wszyscy, oprócz samego Sheerana, się pomylili. Te same kawałki, których fachowcy nie chcieli słuchać, podbiły wielotysięczną publiczność. I nagle zaroiło się obok niego od przyjaciół...

I tu się kończy ciekawa część opowieści. Odtąd Ed błyskawicznie przeskakuje między akapitami od spotkań z Eltonem Johnem do trasy z Taylor Swift. Tu spotyka Paula McCartney’a, tam pisze dla One Direction, a gdzieś po drodze przyjmie go królowa Elżbieta... Wszystko to okrasza banalnym filozofowaniem na temat życia, bo przecież cóż mądrego może nam powiedzieć, mając zaledwie 25 lat... Czytelnik już wie, że to ten moment, by odłożyć książkę i zająć się słuchaniem jego przebojów.

Jedyne, co może przed tym powstrzymać, to drugi autor biografii wokalisty - jego przyjaciel, już uznany rysownik i portrecista, Phillip Butah. Jest on ulubionym wykonawcą okładek płyt Sheerana i naprawdę mistrzem portretów (w książce znajdziemy nie tylko gotowe prace, ale i ich studia). I za obecność Butaha w tym wydawnictwie należy się od podstarzałej recenzentki druga gwiazdka.

Ed Sheeran, Phillip Butah, Ed Sheeran. Graficzna podróż, Wydawnictwo Insignis, Kraków 2015

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.