środa, 15 sierpnia 2018

Surowe, niewidoczne brzmienie północy

Fot.: ECM

Paweł Smoliński

To pierwszy album nagrany przez norweską saksofonistkę dla prestiżowej wytwórni ECM Manfreda Eichera w studio w Oslo. Brzmienie saksofonu Mette Henriette chwilami przypomina młodego Jana Garbarka, też Norwega (o polskich korzeniach). Jest surowe, momentami zimne niczym północny wiatr. Czasem jakby niewidoczne. - Lubię brzmienie, które jest niewidoczne – podkreśla zresztą artystka.

Muzyka młodej Norweżki nie jest z pewnością typowym jazzem, przy której można się kołysać. Kompozycjom Mette Henriette bliżej do minimalizmu i jazzu free.


Oszczędna w formie jest zwłaszcza pierwsza płyta albumu, na której słyszymy oprócz kruchego saksofonu liderki równie oszczędny fortepian Johana Johan Lindvalla i delikatną wiolonczelę Katrine Schiøtt. Krótkie utwory niczym sugestywne obrazy na długo zostają w głowie. W tych obrazach dominuje surowa biel.

Druga płyta to już trzynastu muzyków, ale słuchając nagrań nie ma się wrażenia obecności aż tylu instrumentów. Utwory znów są króciutkie - czasem słuchać smyczki, czasem dęciaki, czasem tylko świst i szum instrumentów, a całość spaja saksofon Mette Henriette. Tutaj więcej już jazzu free, ale – uspokajam - całkiem strawnego. Czasem wprawdzie saksofon staje się drapieżny, co jednak nie zmienia faktu, że – mimo kilku dźwiękowych fajerwerków - to muzyka spokojna i wyciszająca. Na długie zimowe wieczory.
Mette Henriette „Mette Henriette”, ECM 2460/61 2CD, 2015 r.