Sobota, 18 listopada 2017

Tagi: kultura film kino recenzja felieton natalie Portman

7 kwietnia 2016, aktualizowano: 8 kwietnia 2016

Kiedy powiem sobie dość

Mariusz Załuski

Rozstawanie się z własnymi marzeniami jednych boli całkiem solidnie, a innych niespecjalnie.

Ale generalnie ten moment w życiu, w którym zdajemy sobie w końcu sprawę, że z naszych marzeń niewiele wyjdzie, dla nikogo sympatyczny nie jest. Bo w takim momencie przekraczamy granicę - orientujemy się pewnego ranka, że to, co sobie zaplanowaliśmy i na co czekaliśmy, nijak ma się do naszego życia. Że nie będzie już wielkiej miłości, że nie zrobimy wielkiej kariery, że wsiąkliśmy w codzienność i pozostaje nam tylko smętna szarpanina, dzień za dniem i rok za rokiem. Chyba, że powiemy sobie dość.


I przestaniemy sobie wmawiać, że wszystko jeszcze przed nami. Niektórzy uczą się zastępować marzenia małymi radościami, ale innym się to nie udaje. No i co wtedy? Tak jak bohaterka „Opowieści o miłości i mroku” wycofują się z codzienności. Pożera ich depresja, zwana niegdyś uroczo melancholią… Ileż mieliśmy już takich opowieści? Całą masę. Ta też jest przecież ekranizacją dzieła Amosa Oza - książki bardzo osobistej, w której Oz pisze o dramacie swojej rodziny na tle wielkiej historii, bo czasów Holocaustu i powstawania państwa Izrael. Mogłoby się więc wydawać, że aktorko-reżyserka Natalie Portman, która się za to dzieło zabrała, polegnie, i to z wielkim hukiem. A jednak nie poległa. Jej filmowi można by pewnie masę rzeczy zarzucić – chociażby pewną chropawość w narracji czy nadmiar złotych myśli, co chwila serwowanych nam z ekranu - ale jednak jest to film naprawdę przejmujący. Do tego porusza nas w bardzo subtelny sposób.

Portman pokazuje nam widziany oczami syna portret wycofującej się z życia dzień po dniu matki. A właściwie portret końca rodziny. Syn nie do końca rozumie coraz bardziej mroczne opowieści i zachowania matki, Ojciec, który stoi mocno na nogach, nie do końca potrafi wczuć się w cichą tragedię żony. I choć chce jej pomóc, to nie wie jak - choć przecież rozumie, jak może się czuć człowiek, który nie dość, że stracił marzenia, to jeszcze żyje z poczuciem, że nigdzie nie jest u siebie. Bo świat, który kobieta znała, zniknął, a ten nowy nigdy nie będzie do końca jej. Portman nie dała się też zjeść tej wielkiej historii – bo choć mamy tu sporo symbolicznych akcentów, to raczej są to kolejne traumy dla bohaterki. Przecież najboleśniejsze są te marzenia, które się spełniają.

Tak więc głównego narratora poznajemy jako pana mocno dojrzałego, który wraca do dramatu sprzed lat. Jako dzieciak mieszka z rodzicami w brytyjskiej jeszcze wtedy Palestynie. Wydaje nam się, że to szczęśliwa rodzina – choć przecież matka przeżyła Holocaust i cały jej świat, pełen kolorów, przyjaciół i zabaw, pewnego dnia po prostu zamordowano. Z czasem jednak zaczynają się problemy. Matce coraz bardziej oddala się od świata.

„Opowieść o miłości i mroku” to oczywiście dzieło Natalie Portman, ale film nie miałby takiej mocy oddziaływania, gdyby nie zdjęcia pana Sławomira Idziaka. Gra w nich wszystko, od detali, przez światło, po kolorystykę. Aż szkoda, że prace pana Idziaka oglądamy tak rzadko.

„Opowieść o miłości i mroku”, reż. N. Portman