Wtorek, 12 grudnia 2017

[premiera] Głos kobiet rewolucji francuskiej na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy

Fot.: Tomasz Czachorowski

Justyna Tota

Sześć rewolucjonistek w sztuce, którą wyprzedziła rzeczywistość. Pytają o zasady budowania świata, szukają metod, by wrazić siebie - od soboty na scenie TPB „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może uczone białogłowy”.

- Decyzja o tym, że na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy zostanie wystawiony spektakl o kobietach rewolucji francuskiej, zapadła pod koniec zeszłego sezonu artystycznego - mówi Wiktor Rubin, reżyser sztuki „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” i dodaje, że jej wystawienie jest naturalną konsekwencją wcześniejszych spektakli feministycznych. Sama zaś autorka tekstu tej sztuki, odpowiedzialną także za dramaturgię, Jolanta Janiczak badaniem historii kobiet zajmuje się od przeszło 6 lat. Tym razem przestudiowała działania francuskich rewolucjonistek. Jedną z głównych działaczek walczących o prawa kobiet-obywatelek była Théroigne de Méricourt, której postulaty okazały się być zbyt radykalne dla głoszących hasła „wolności, równości i braterstwa” Dantona i Robespiera. Co więcej, Théroigne de Méricourt za swą walkę dla kobiet została zlinczowana publicznie przez... kobiety. To właśnie ta postać stała się dla twórców spektaklu pretekstem, by zastanowić się, jakie idee czy metody mogłyby dziś - w XXI w. - obudzić rewolucyjny zryw.


Bartosz Frąckowiak: Postulaty kobiet są tu przedstawione w pełnym przekroju pokoleniowym i klasowym. Wspólny cel nie zagłusza jednostki. Podmiotowość jest dużą wartością tej sztuki.


Ostatnie wydarzenia w Polsce dały odpowiedź szybciej niż zaplanowana na sobotę premiera.
- Czarne protesty potwierdziły potrzebę wystawienia takiego spektaklu, a jednocześnie wprowadzają pytanie o rolę teatru i siłę jego oddziaływania - mówi Wiktor Rubin.

Z kolei Jolanta Janiczak zauważa jest wiele jeszcze do zrobienia w sprawie kobiet, ciągle istniał ogromne dysproporcję ekonomiczne, o wiele mniej kobiet zajmuje kierownicze stanowiska, o wiele mniej kobiet w rządach państwa. Z kolei wielu krajach nie są w ogóle szanowane prawa kobiet. Dlatego kobiece „rewolucje francuskie” dzieją się do dziś na całym świecie, m.in. w krajach, gdzie toczą się konflikty wojenne jak w Syrii, Jemenie, Turcji itd . Scenariusz tych rewolucji od setek lat jest praktycznie ten sam... głosy kobiet, które stają się niewygodne, są marginalizowane. I w efekcie zapomniane.

- W spektaklu zwracamy uwagę na to, że rewolucjonistki nie są nigdy traktowane do końca poważnie, wciąż podmiotem uniwersalnym jest mężczyzna, to on jest panem dyskursu, tradycji, kodów kulturowych. W spektaklu zastanawiamy się czy władza zawsze musi rodzić hierarchię, czy wolność zawsze musi być rozumiana jako kreślone pole do podziału, próbujemy sprawdzać inne funkcjonowanie tych pojęć- wyjaśnia Jolanta Janiczak.

- My, kobiety, mamy problem z wchodzeniem w patriarchalne role, ale żeby zaprotestować, musimy nieść transparenty, przywalić komuś, wk...ić się - dodaje aktorka Beata Bandurska, która przyznaje, że spektakl tak naprawdę jest o podmiotowości kobiet.

- Różnych kobiet. Jest nas sześć, każda wywodzi się z innej sfery i inaczej nazywa to, co wokół niej dzieje się. Błądzimy, pytamy, szukamy mechanizmu, sposobu, postaw, języka, żeby wyrazić swoje zdanie. Rewolucyjna wspólnota, która sprawia, że możemy działać razem, daje nam potencjał, nawet jeśli ta rewolucja się nie uda i przyjdzie za nią zapłacić najwyższą cenę - mówi Beata Bandurska, grająca postać, dla której pierwowzorem była Olimpia de Gouges, autorka Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki, stracona w 1793 roku.

- Mam wrażenie, że teraz jest bardzo ważny czas, żeby dotknąć tematu miejsca kobiet w debacie publicznej, tego jak są postrzegane przez polityków, ale i przez siebie, żeby mogły same decydować, jakie role chcą w życiu odgrywać - podsumowuje aktorka.

Obok Beaty Bandurskiej, w roli rewolucjonistek zobaczymy: Magdalenę Celmer, Martynę Peszko, Sonię Roszczuk, Małgorzatę Trofimiuk, Małgorzatę Witkowską. Na scenie pojawiają się także mężczyźni, grani przez: Mirosława Guzowskiego, Rolanda Nowaka, Macieja Pestę, Marcina Zawodzińskiego.

Realizatorzy spektaklu „Żony stanu (...)” podkreślają, że nie jest ich intencją dzielić świat na męski i damski, choć już w trakcie przygotowań do przedstawienie dochodziło do strać tych dwóch światów…
- Mężczyzna reżyserujący spektakl o kobietach to paradoks, stwarzający konflikt, który jednak otwierał ciekawe pola poszukiwań dla nowego konstruowania roli przez aktorkę - przyznaje Wiktor Rubin.

- Chodzi przede wszystkim, by nie bać się zabrać głos, żeby wyrażać co się myśli i czuje, uwolnić się od lęku. Wolność to porostu brak lęku, nawet jeśli jest to zawsze związane z ryzykiem– dodaje Jolanta Janiczak.

- Dla mnie największą wartością tej sztuki, jest jej podmiotowość. Postulaty kobiet są tu przedstawione w pełnym przekroju pokoleniowym i klasowym. Wspólny cel nie zagłusza jednostki – podsumowuje Bartosz Frąckowiak, zastępca dyrektora Teatru Polskiego.

Premiera spektaklu „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może uczone białogłowy” w reż. Wiktora Rubina w sobotę na dużej scenie TPB o godz. 19. Kolejne przedstawienia odbędą się: 30 października, a także w listopadzie (4, 5, 6) i w grudniu (16, 17, 18).

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (16) »

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 29-10-2016 20:19

    Brak ocen 0 0

    - znawca kobiet ładnych : w czerwonym to niebezpieczne gdzie branzolety /kajdanki /

    Odpowiedz